Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego czasu na pisanie kolejnego odcinka moich felietonów poświęconych historii muzyki. Jest pierwsza połowa maja, zatem przyroda już nie może czekać ani chwili i z impetem budzi się do życia. Bliskość człowieka z naturą, tak ważna dzisiaj, była również inspiracją dla wielu XIX-wiecznych twórców. Ale jest jeszcze jeden powód, by pisać o tym okresie - namiętność i uczucia. To one wpłynęły na ostateczny kształt dzieł romantycznych, nie tylko muzycznych, ale także literackich i malarskich. Wszak w żadnej innej epoce nie było tak mocnej syntezy sztuk.
Drodzy Czytelnicy, ten odcinek nie będzie łatwy do napisania, ale dzięki Waszej wyobraźni i wrażliwości, mam cichą nadzieję na pozytywny finał. Na początek proponuję na kilka minut wyjść do ogrodu, na łąkę lub do lasu. Proszę posłuchać ptaków i po raz kolejny w swym życiu zachwycić się soczystą zielenią i feerią barw wiosennych kwiatów.
Teraz wróćmy do muzycznej rzeczywistości. W poprzednich odcinkach wspominałem o gatunkach takich jak sonata, symfonia, koncert, opera czy oratorium. Pozostały one nadal w kręgu muzycznych zainteresowań kompozytorów romantycznych. Niemniej warto wymienić nowopowstałe gatunki, tak bardzo charakterystyczne dla tej epoki. Pierwszym z nich jest miniatura instrumentalna, zwykle drobny utwór (najczęściej na fortepian), odpowiadający potrzebom zdecydowanej większości XIX-wiecznych melomanów. Proszę sobie wyobrazić własny pokój gościnny, gdzie zamiast telewizora stoi fortepian (lub pianino), który spełnia funkcję rodzinnego centrum kulturalno-rozrywkowego. Zasiadają przy nim na zmianę domownicy i wedle swych umiejętności i nastroju, umilają czas dziełami o charakterze lirycznym, tanecznym, a nawet wirtuozowskim. Takie wieczory to istna idylla, niestety, dzisiaj dostępna jedynie dla nielicznych. Oczywiście, można uzyskać namiastkę tych emocji, słuchając chociażby dzieł Franciszka Schuberta, Roberta Schumanna czy Fryderyka Chopina w wykonaniu współczesnych, uznanych pianistów. Czyż nazwy takie jak ballada, nokturn, romans czy marzenie nie pobudzają wyobraźni? Czy nie przenoszą w zupełnie inny wymiar?
Kolejnymi gatunkami, w których na pierwszy plan wchodzą idee romantyzmu, są dzieła programowe. Należą do nich symfonia programowa, poemat symfoniczny oraz suita programowa. To w nich szczególnie widoczna jest synteza sztuk. Kompozytor zainspirowany literaturą, malarstwem, historią czy nawet przeżyciami autobiograficznymi komponuje dzieło symfoniczne, w którym zabiera nas w daleką podróż. Oczywiście, zanim zabrzmią pierwsze dźwięki, słuchacze znają już program dzieła, który jest nieodzownym elementem. Przykłady? „Poranek”, „W grocie Króla Gór” z suity programowej „Peer Gynt” Edwarda Griega czy „Marsz weselny” z suity „Sen nocy letniej” Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego. Słyszymy je wielokrotnie - na uroczystościach, jako ścieżki dźwiękowe filmów i bajek oraz we wszędobylskich reklamach.
Chociaż pewne gatunki muzyczne istniały już we wcześniejszych epokach, to w XIX wieku przybrały szczególną postać. Mam tutaj na myśli pieśń z towarzyszeniem fortepianu, która podobnie jak miniatura wypełniała salony romantyczne. Czy można lepiej wyrazić miłość, tęsknotę i rozterkę niż przez śpiew? Pewnie tak, ale nawet najbardziej zatwardziałe serce nie pozostanie niewzruszone po wysłuchaniu np. cyklu pieśni „Miłość poety” Roberta Schumanna, skomponowanych do poezji Heinricha Heinego. Tam także „…nastał cudny miesiąc maj i pąki się budziły…”
Rzecz jasna, pieśni romantycznych było tysiące. Sam Franciszek Schubert skomponował ich ponad sześćset. Myślę, że wielu współczesnych piosenkarzy pop, nie byłoby w stanie tylu pieśni nagrać, a co dopiero skomponować i wykonywać publicznie bez playbacku. Wyprzedzając akapit o muzyce polskiej, pragnę tylko przypomnieć, iż do grona kompozytorów pieśni zaliczyć należy także Stanisława Moniuszkę (np. „Prząśniczka”) oraz Fryderyka Chopina („Życzenie”).
Dotykając wybiórczo zagadnień muzyki romantycznej (nieustannie przypominam o tytule moich felietonów), warto wspomnieć o wielkich wirtuozach tej epoki, w zdecydowanej większości będących kompozytorami i jednocześnie pierwszymi wykonawcami własnych dzieł. Ich niemal nieograniczone możliwości wykonawcze doprowadziły do rozwinięcia techniki pianistycznej i wiolinistycznej (określanej jako styl brillante), charakteryzującej się wirtuozerią i zarazem śpiewną melodyką. Tę technikę usłyszymy w koncertach romantycznych Franciszka Liszta, Fryderyka Chopina, Niccolo Paganiniego i wielu innych.
Nie chcąc pominąć opery romantycznej i tym samym narazić się miłośnikom tego gatunku, pozwolę sobie na małą prywatę. Czy w wieku kilkunastu lat, kiedy jak większość rówieśników meandrowałem po stylach muzyki pop, rock, jazz a nawet heavy metal, mogłem wyobrazić sobie siebie na widowni gmachu operowego? Nie pamiętam takich chwil. Dzisiaj, po wielu latach, nie mogę się doczekać, kiedy po pandemii na nowo otworzą sceny operowe. Już na samą myśl o tym, że kurtyna znowu pójdzie w górę przeszywa mnie dreszczyk emocji. Giuseppe Verdi, Giacomo Puccini, Piotrze Czajkowski, Stanisławie Moniuszko, nie miejcie mi za złe, że dopiero od niedawna doceniam piękno Waszych dzieł operowych; a miłosne perypetie Aidy, Madame Butterfly, Eugeniusza Oniegina czy Halki nie poruszały mego serca bardziej niż gitarowe sola Erica Claptona.
Tym razem akapit o muzyce polskiej będzie krótki. Mam przekonanie, że wystarczy tylko jedno, ale ważne zdanie. Naród, którego kraj nie istniał na ówczesnych mapach Europy, dał światu coś wyjątkowego – muzykę Fryderyka Chopina!
Marek Rolek